Siemanko, ekipa!
Dziś na tapecie mamy kozacką historię, która zmieniła wszystko. Opowiemy o poranku, kiedy wydawało się, że po prostu jest koniec, a tu nagle BUM! Wielki zwrot akcji. To będzie o tym, że nawet jak jest mega trudno i czujesz, że już po wszystkim, to Jezus pokazuje, że zawsze, ale to zawsze jest nadzieja i nowe otwarcie. On nam mówi, żeby ogarnąć, że strach jest na chillu i że On jest z nami na bank, zawsze.
Ewangelia według Mateusza (Rozdział 28, wersety 1-10)
Po sabacie, kiedy już świtało i zbliżał się pierwszy dzień tygodnia, przyszła Maria Magdalena i ta druga Maria zobaczyć grób. I nagle zaczęło się dziać! Ziemia zadrżała tak mocno, że szok! Bo anioł Pana zjechał z nieba, podszedł, odwalił kamień od wejścia i siadł na nim. Wyglądał jak błyskawica, a jego ciuchy były białe jak śnieg. Strażnicy, co tam stali na warcie, tak się przestraszyli, że zamarli ze strachu, po prostu padli jak nieżywi. Ale anioł zagadał do tych kobiet: "Ej, nie bójcie się! Wiem, że szukacie Jezusa, tego ukrzyżowanego. Ale Jego tu nie ma! On wstał z martwych, tak jak sam mówił! Chodźcie, zobaczcie to miejsce, gdzie leżał. I teraz szybko lećcie i powiedzcie Jego ziomkom, że On zmartwychwstał i leci przed nimi do Galilei. Tam Go zobaczycie. Mówię wam, to się dzieje!" I one, takie w szoku, ale jednocześnie mega szczęśliwe, szybko odleciały od grobu, żeby powiedzieć to Jego uczniom. A tu nagle Jezus staje im na drodze i mówi: "Siema!" One podbiegły, złapały Go za nogi i oddały Mu hołd. Wtedy Jezus do nich: "Nie stresujcie się! Lećcie i powiedzcie moim braciom, żeby ruszali do Galilei. Tam mnie zobaczą."
Siema, ziomki!
No to co, ogarnęliście ten vibe? Ta historia to jest po prostu rollercoaster emocji, nie? Od totalnego doła, kiedy wydawało się, że wszystko się skończyło, po mega power-up, który wszystko postawił na głowie. To jest właśnie to, co Jezus chce nam dziś przekazać, co jest na serio ważne dla każdego z nas, młodych, ogarniających ten świat.
Pomyślcie, co to znaczyło dla tych babek i ziomków Jezusa. Oni myśleli, że po prostu game over, totalny koniec. Zobaczyli Go umarłego, pochowanego, kamień zasunięty. Zero nadziei. I nagle, rano, kiedy idą po prostu ogarnąć grób, bo tak wypadało, bo to był ten smutny obowiązek, dostają taki strzał, że szok! Anioł, trzęsienie ziemi, i info: „Gościa tu nie ma, ogarnął zmartwychwstanie!”. To jest jakbyś myślał, że projekt życia totalnie spalił na panewce, a tu nagle dostajesz info, że nie tylko nie spalił, ale jeszcze odpalili go na nowo, z turbo dopalaczem!
Ile razy my, w naszej bańce, czujemy, że jest podobnie? Ile razy coś nam nie wychodzi – czy to matura, czy jakiś ważny test, czy relacja, która po prostu się sypie, czy nawet to, że scrollujemy insta i myślimy: "Kurde, wszyscy mają takie super życie, a ja co?". Czujemy się przegrani, zablokowani, tak jakby ten kamień, co zakrywał grób Jezusa, leżał na naszych planach, naszych marzeniach, naszej nadziei. Ten ciężar, co go czujemy, kiedy coś nie idzie, kiedy jest mega trudno, to jest właśnie ten kamień.
Ale ta Ewangelia krzyczy do nas dzisiaj: "Hej, ogarnij się! Ten kamień może zostać odsunięty!". To jest właśnie ta dobra nowina. Jezus pokazuje nam, że śmierć, koniec, totalny fail – to nie jest ostatnie słowo. On jest mistrzem resetu, reanimacji, odpalania wszystkiego od nowa, nawet jak wydaje się to niemożliwe. Zmartwychwstanie to nie jest tylko bajka sprzed dwóch tysięcy lat, to jest realna obietnica, że nawet jak jest najgorzej, to jest szansa na nowe otwarcie.
Weźmy na przykład ostatnie lata. Pandemia, lockdowy, ta cała niewiadoma. Wielu z nas czuło się wtedy jak w jakimś zamkniętym grobie. Plany na studia, na wyjazdy, na spotkania ze znajomymi – wszystko na chillu, odłożone na później. Czuliśmy się samotni, zdezorientowani. Ale potem? Powoli wszystko zaczęło wracać. Znów mogliśmy wychodzić, spotykać się. To było takie małe, nasze, osobiste "zmartwychwstanie" z marazmu i zamknięcia. Znowu życie zaczęło nabierać kolorów, chociaż oczywiście z bliznami.
Albo co powiecie na presję, którą czujemy w social mediach? Te idealne fotki, te super stories. Czasem to nas tak przytłacza, że czujemy się gorsi, niewystarczający. Myślimy, że musimy być idealni, żeby być akceptowani. Ale Jezus nam dziś mówi: "Nie bójcie się!". Nie bójcie się być sobą, nie bójcie się, że coś wam nie wyjdzie. Nie bójcie się tego, co pomyślą inni. On akceptuje nas takimi, jacy jesteśmy, z naszymi plusami i minusami. On jest po to, żeby nam dodać powera, żebyśmy ogarnęli, że nasza wartość nie zależy od lajków czy liczby followersów.
Anioł mówi do kobiet: "On wyprzedza was do Galilei". Co to znaczy? To znaczy, że Jezus nie czeka na nas w przeszłości, w tym, co było i co nas bolało. On idzie naprzód, On jest w naszej przyszłości, w tym, co dopiero przed nami. On tam już czeka! To jest jakby najlepszy ziomal, który idzie przodem, przygotowuje teren i mówi: "Ej, idź za mną, tam jest coś lepszego!". My czasem tak mocno trzymamy się tego, co już było, tych smutków, tych porażek, że nie widzimy, że przyszłość, że nowa szansa, już na nas czeka. A Jezus pokazuje nam kierunek.
Ta historia to też mega przypomnienie o dzieleniu się dobrą nowiną. Te kobiety, chociaż same w szoku, dostały misję: "Lećcie i powiedzcie Jego ziomkom!". I one nie czekały, nie zastanawiały się, czy to w ogóle ma sens. Po prostu poleciały! To jest dla nas sygnał, żeby nie trzymać dla siebie tych dobrych rzeczy, tych momentów, kiedy poczuliśmy, że Bóg jest blisko, kiedy coś nam się udało, mimo że wydawało się niemożliwe. Dzielmy się tym, dajmy nadzieję innym, którzy może właśnie teraz siedzą w jakimś swoim grobie.
To nie jest tak, że zmartwychwstanie sprawi, że nagle wszystkie problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nadal będą trudne momenty, nadal będą wyzwania. Ale Jezus pokazuje, że mamy w sobie ten zmartwychwstały power, ten ogień, który pozwala nam wstać, nawet jak upadniemy. Daje nam siłę, żeby iść dalej, nawet jak droga wydaje się pod górkę. Bo On jest z nami. I to jest game changer.
Pamiętam taką akcję, opowiadał mi znajomy. Miał mega stresa przed wystąpieniem na ważnej konferencji, gdzie miał zaprezentować projekt, w który włożył masę roboty. Mówił, że czuł się jak ten kamień, co zakrywał grób – ciężki, nieruchomy, przerażony. Ale w ostatniej chwili, tuż przed wyjściem na scenę, pomyślał o tym, że przecież tyle razy już ogarniał trudne sprawy. Że to nie koniec świata, jak coś pójdzie nie tak. Że ma wsparcie, że wierzy w to, co robi. I poszedł. Dał czadu. To było dla niego takie małe osobiste zmartwychwstanie z lęku.
Więc jaka jest dziś mądrość? Nie bój się! Nie ma sytuacji bez wyjścia, jeśli tylko ogarniesz, że Jezus jest mistrzem niespodzianek i potrafi przewrócić do góry nogami nawet najbardziej beznadziejną sytuację. On zawsze otwiera nowe drzwi, nawet jeśli wydaje się, że wszystkie są zamknięte na amen. Po prostu Mu zaufaj i idź, bo On już tam na ciebie czeka.
Mądrość na dziś jest taka: Zmartwychwstanie to nie tylko historyczny fakt, to nasza realna szansa na wieczny reset i nowe rozdziały, nawet gdy wydaje się, że wszystko jest skończone.
Nie ma co się spinać. Z Jezusem zawsze jest opcja na restart.